
Hiroszima – Miasto, Które Przetrwało
Hiroszima – Miasto Zamkowe – to prężna metropolia, położona malowniczo u ujścia rzeki Ota do Zatoki Hiroszima. Już 1100 lat temu na wysepce Miyajima, naprzeciwko Hiroszimy, wybudowano szintoistyczny chram Itsukushima-jinja, który wkrótce stał się ważnym ośrodkiem pielgrzymkowym.

Nieco ponad 500 lat temu wyrósł tu ogromny zamek, wokół którego zaroiło się od samurajów, rzemieślników, robotników i kupców. Dzięki strategicznemu położeniu, łączącemu wyspy Honsiu i Sikoku, Hiroszima szybko nabierała znaczenia w Japonii.

O Hiroszimie zrobiło się głośno 6 sierpnia 1945 roku, gdy na miasto spadła bomba atomowa Little Boy. Decyzję o atakach na Hiroszimę i Nagasaki podjął Harry Truman, ówczesny prezydent USA. W rezultacie, Japonia podjęła decyzję o bezwarunkowej kapitulacji, kończąc drugą wojnę światową.
Eksplozja o temperaturze 300 000 °C w jednej chwili pozbawiła życia ponad 80 000 osób. Choć minęło już ponad 80 lat, w Hiroszimie do dziś spotyka się świadectwo tych wydarzeń. Wciąż żyje około 114 000 osób, które pamiętają tamte czasy, a w ogrodach Hiroszimy zachowały się drzewa, które odrodziły się ze zgliszczy.
Mawiano, że po wybuchu przez 70 lat w Hiroszimie nie wyrośnie ani źdźbło trawy. Ale jeszcze tego samego roku, Hiroszimę nawiedził tajfun Makurazaki, który zmył radioaktywny pył. Mieszkańcy Hiroszimy zdecydowali, że odbudują miasto, cegła po cegle. Tak też się stało.

Dziś Hiroszima to nowoczesne miasto. Choć od Tokio dzieli je aż 850 kilometrów, można tu dotrzeć w zaledwie trzy godziny superszybkim pociągiem Shinkansen. Po Hiroszimie kursują też tramwaje, w tym Hibaku Densha – zabytkowe składy numer 651, 652 i 653, uruchamiane na specjalne okazje, które pamiętają 1945 rok.

Do Hiroszimy wybrałam się na jeden dzień, odwiedzając Muzeum Pokoju, Pomnik Pokoju, Zamek Hiroszima oraz Ogród Miniaturowych Krajobrazów Shukkeien.
Ruszamy? Ruszamy!
Podróż do Hiroszimy
Niełatwo było odnaleźć peron na dworcu kolejowym Tokio Station. To największa stacja Japonii, gdzie dziennie przesiada się ponad trzy miliony pasażerów. Łamanym japońskim („Shinkansen wa doko desuka?” – Gdzie jest Szinkansen?”) spytałam o drogę pracownika sprzątającego przejście podziemne. Udałam się we wskazanym kierunku i wkrótce pojawiły się znaki na perony szybkich pociągów.


Na peronie zakupiłam ekiben, nieodzowny element podróży Shinkansenem po Japonii. Ekiben to połączenie dwóch słów: eki (dworzec) i ben, będący skrótem od bento. Bento to z kolei pudełko obiadowe. Różne są rodzaje ekiben, od najtańszych (680 ¥) po najbardziej wyszukane (3 000 ¥). W moim pudełku ekiben znajdował się ryż, wołowina, jajko, zielenina i ciasteczko ryżowe mochi.


Po przyjeździe do Hiroszimy porzuciłam niewielki bagaż w hotelu i od razu ruszyłam na miasto.
Hiroszima w Jeden Dzień
Ze względu na krótki pobyt w Hiroszimie, zdecydowałam się na hotel położony między dworcem kolejowym, a najważniejszymi zabytkami. Dzięki temu obyło się bez korzystania z transportu publicznego. Tego dnia padł rekord liczby kroków w Japonii (25 000) i ostatnie metry powrotne do hotelu pokonałam chyba tylko siłą woli.
Muzeum Pokoju
Muzeum Pokoju w Hiroszimie zbudowano na potężnym, betonowym placu nad brzegiem rzeki Ota. Spod kas biletowych (200 ¥) widziałam Kopułę Bomby Atomowej, gdzie znajdowało się epicentrum wybuchu. Na czarno-białych fotografiach w muzeum oglądałam Hiroszimę o 8:16 i 8:17 rano w dniu 6 sierpnia 1945 roku. Dwa różne światy. Świat żywych i świat umarłych.

Świat żywych. Po Hiroszimie kursowały drewniane tramwaje. Japończycy w garniturach spieszyli się do pracy, inni przyjechali rowerami na targ, wystrojony w papierowe lampiony. Japonki w kimonach i włosach upiętych jak gejsze wygrzewały się w sierpniowym słońcu.

Świat umarłych. Drżąca Kopuła Bomby Atomowej wyłaniająca się z dymiących zgliszczy. Walący się port w kłębach czarnego dymu. Obok fotografii zgromadzono też ocalałe artefakty: powyginane rowery, stopione szyny tramwajowe, spalone ubrania… Za szybą ustawiono fragment muru z cieniem mężczyzny, który wyparował.


Te dwa światy dzieliły zaledwie 43 sekundy. Można było je przeżyć w Muzeum Pokoju, gdzie symulacja na makiecie bez zbędnych ceregieli pokazała lot pocisku, eksplozję i falę uderzeniową. Tę część ekspozycji wielonarodowy tłum oglądał w całkowitym milczeniu.


Na zakończenie wizyty w Muzeum Pokoju można było wpisać się do księgi pamiątkowej. W księdze znalazłam zapisy z całego świata: No more Hiroshimas, Rezo por la paz mundial, Paix mondiale!, Nigdy więcej wojny. Brak słów. Trudno było zebrać myśli i dodać cokolwiek rozsądnego. Wychodząc na betonowy plac, tłum powoli przechodził z szeptu w zwyczajny ton głosu.

Żurawie z origami
Orizuru, czyli żuraw z origami, uważany jest za najbardziej klasyczny ze wszystkich japońskich origami. Wierzy się, że jego skrzydła przenoszą dusze do raju. Z kolei senbazuru to tysiąc żurawi z origami. Wierzy się, że osoba, która je złoży, będzie mogła spełnić jedno życzenie.
Senbazuru nieodłącznie związane są z Hiroszimą i z Muzeum Pokoju. Sadako Sasaki miała zaledwie dwa latka, gdy Little Boy wybuchł nad Hiroszimą. Dziewczynka przeżyła bez żadnych obrażeń i dołączyła do grona hibakusha – osób, które przetrwały wybuch. Niestety, kilka lat później zachorowała na białaczkę popromienną.

W czasie leczenia w szpitalu w Hiroszimie usłyszała legendę o tysiącu żurawi z origami. W szpitalu brakowało jednak papieru, więc Sasaki składała żurawie z opakowań po lekach. Udało jej się złożyć jedynie 644. Po jej śmierci, przyjaciele ze szkoły ukończyli dzieło i dziewczynkę pochowano wraz z tysiącem papierowych żurawi. Tak przynajmniej głosi powieść „Sasaki i Tysiąc Żurawi”. Według Muzeum Pokoju, Sasaki złożyła 1300 żurawi, ale jej życzenie powrotu do zdrowia nie zostało spełnione.
Dziś w czasie obchodów Obon, japońskiego święta zmarłych przypadającego na sierpień, przy pomniku Children’s Peace Memorial przy Muzeum Pokoju w Hiroszimie, Japończycy przynoszą żurawie z origami.

Rodzina Sadako przekazała wiele żurawi w różne miejsca na świecie, aby promować pokój. Można je znaleźć na przykład w National September 11 Museum and Memorial w Nowym Jorku i w Pearl Harbor na Hawajach.
Kopuła Bomby Atomowej
Na placu przed Muzeum Pokoju płonął wieczny ogień. Ma płonąć dotąd, aż na świecie nie będzie ani jednej bomby atomowej. To też miejsce, skąd dobrze widać epicentrum wybuchu: zachowaną Kopułę Bomby Atomowej (UNESCO). Little Boy wybuchł 600 metrów nad ziemią, zaledwie 150 metrów w linii prostej od 25-metrowej kopuły.


W latach 60. Rada Miasta Hiroszima zdecydowała, że kopuła ma zostać zachowana w takim stanie na zawsze. Ostatnie prace konserwatorskie odbyły się w latach 90. Dziś na bulwarach nadrzecznych sąsiadujących z Kopułą Bomby Atomowej w Hiroszimie toczy się życie codzienne. Młodzież jeździ na rolkach a staruszkowie przesiadują na ławeczkach wśród zieleni.

Zamek Hiroszima
Opuściłam bulwary nadrzeczne i spacerem udałam w kierunku zamku. 500-letni Zamek Hiroszima wybudowano w stylu japońskich zamków nizinnych (hirajiro). Główne budowle wzniesiono z drewna sosnowego. Zamek nie przetrwał jednak wydarzeń z 1945 i dzisiejszy obiekt, w dużej mierze z betonu, jest jedynie rekonstrukcją.

Zachował się za to bunkier, z którego nadano pierwszą radiową transmisję z wydarzeń w Hiroszimie w 1945 roku. Orędzie w dniu 15 sierpnia 1945, a więc tuż po atakach na Hiroszimę i Nagasaki, wygłosił sam Cesarz Hirohito. Ogłosił wówczas decyzję o przyjęciu Deklaracji Poczdamskiej i kapitulacji Japonii. Był to także pierwszy raz, gdy cesarz przemówił bezpośrednio do Japończyków przez radio, co wywołało niemały szok.

Do zamku prowadziły szerokie aleje, wysadzane drzewami wiśni. Choć teoretycznie front sakury skończył się tydzień wcześniej, niektóre drzewa wciąż oblepione były białymi płateczkami. Znalazłam tu trzy stare drzewa, w tym eukaliptus, otoczony niską siatką. Na tabliczce wyczytałam, że znajdował się zaledwie 750 metrów od epicentrum, mimo to udało mu się przetrwać.

Zamek Hiroszima prezentował się okazale z przeciwnej strony fosy. Niegdyś zamek otaczały aż trzy fosy, ale zasypano je pod koniec XIX wieku. Dziś na ich terenie znajdują się domy, sklepy szkoły i biurowce. Tu również można zasiąść na ławeczkach wśród kwitnących wiśni.

Park Shukkeien
Park Shukkeien to dosłownie Ogród Miniaturowych Obrazów. Założono go w początkach epoki Edo, nieco ponad 400 lat temu. Shukkeien miał być reprezentacją krajobrazów Japonii w miniaturze, stąd wzgórza, doliny i stawy, a nawet niewielki las bambusowy.

Burzę ogniową z 6 sierpnia 1945 roku przetrwał jedynie 200-letni miłorząb, o obwodzie czterech metrów i wysokości 17 metrów. Park Shukkeien udało się odnowić i przyjemnie spacerowało się po zadbanych alejkach, oglądając równiutko przycięte drzewka i kolorowe kwiaty.

Powoli robiło się jednak późno i przyszedł czas na obiadokolację. Okazało się, że tego dnia zjadłam jedną z najlepszych potraw, na jaką kiedykolwiek trafiłam w Azji.
Okonomimura
Jest pewne kultowe miejsce na kulinarnej mapie Hiroszimy: Okonomimura. To pięciopiętrowy gmach mieszczący 25 restauracji, specjalizujących się w potrawie o nazwie okonomiyaki.

Niedługo przed wybuchem bomby atomowej w Hiroszimie, popularność w mieście zyskały issen yōshok, dosłownie „zachodnie jedzenie za jedną monetę.” Po wojnie, cienki naleśnik, posypany cebulą dymką, płatkami bonito (cienkie płatki z wędzonego, suszonego i/lub fermentowanego tuńczyka pasiastego) i krewetkami, stał się tanim pożywieniem dla ocalałych mieszkańców. Z czasem ewoluował i dziś najczęściej składa się z warstwy jajka, makaronu, kapusty i dodatków, takich jak kimchi, plastry mięsa czy owoce morza.

Do Okonomimury zawitałam koło 17:00, gdy knajpki dopiero otwierały się na czas kolacji. Przycupnęłam w lokaliku, mogącym pomieścić może 15 osób. Siedziało się przy długim blacie, wyciętym w literę U. Ów blat, a przy okazji popularny w Japonii sposób smażenia potraw na podgrzewanej od spodu stalowej płycie, to teppanyaki. W tle cicho pyrkał stary telewizor, a w nim czarno-białe anime.

W oczekiwaniu na zamówione okonomiyaki, dyskretnie obserwowałam kucharza. Jego pomocnik (tudzież szef) zerkał czujnie na płytę i przynosił worki z produktami: kapustę z wielkiego worka, kimchi z lodówki, jajka z wiklinowego kosza. Kucharz szybko tasował jajko i kapustę na płycie, uniósł się też zachęcający zapach jedzenia.

Wreszcie parujące okonomiyaki przybyło pod nos. Coś wspaniałego! Znów łamanym japońskim „Kore hanan desuka?” – „Co to jest?”) udało się ustalić, że podany sos to specjalny sos, przygotowany dla wszystkich restauracji w Okonomimura przez firmę Sun Foods.
Podsumowanie
Po tej niespodziewanej uczcie udałam się pieszo do hotelu. Kolejnego dnia czekało mnie bowiem wyzwanie logistyczne. Trzeba było zabrać z hotelu cały podręczny bagaż, zostawić go w schowku na głównym dworcu kolejowym w Hiroszimie, znaleźć pociąg lokalny i zdążyć na prom na wyspę Miyajima. Wymarsz z hotelu zaplanowałam na 6:00 rano, aby załapać się na przypływ na wyspie, gdy najsłynniejsza w Japonii cynobrowa brama Torii „unosi się” na wodzie.

Wybieracie się do Japonii? Koniecznie sprawdźcie artykuły: Japonia – Kraj Wschodzącego Słońca, Nikko i Trzy Mądre Małpy oraz Święty Wulkan Fudżi.





