
Vancouver – Miasto z Pazurem
Vancouver, miasto wielkości Łodzi, rozłożone jest malowniczo między Cieśniną Georgia a Górami Północnego Wybrzeża w Kanadzie. Posiada aż 24 chronionych prawnie korytarzy widokowych, w ramach których z 16 wyznaczonych punktów miasta musi być widać wodę lub góry. Ze względu na otoczenie przez lasy deszczowe strefy umiarkowanej, na Vancouver często mówi się Raincouver. Pogoda jest tu kapryśna, ale mieszkańcy mają na to sprawdzony sposób: poczekaj pięć minut, a pogoda zmieni się na lepsze.
W Vancouver możesz wypłynąć w rejs połączony z obserwacją orek i wielorybów. Wejdziesz na mosty wiszące i zobaczysz repliki totemów należących do Pierwszych Narodów. Ponieważ 20% populacji obszaru metropolitalnego Vancouver ma azjatyckie korzenie, zjesz tu kuchnię z całego świata. Ciekawe dla polskiego podniebienia są zwłaszcza japadogs: hot dogi z kiełbasą z czarnej świni, posypane paskami z wodorostów nori i polane sosem terimayo.
Ale Vancouver ma też ciemną stronę. Jest nią ulica East Hastings, znana lokalnie jako DTES (Downtown Eastside). To świadectwo niekończących się ludzkich tragedii. Osoby w kryzysie bezdomności mieszkają tu pod gołym niebem, pod połamanymi parasolami, w zniszczony koszykach z supermarketu i w dziurawych namiotach. Szokuje, że ulica leży zaledwie dwie przecznice od Gastown Clock, zabytkowego zegara, będącego wizytówką Vancouver.
Chcesz poznać Vancouver lub planujesz własną podróż? Jesteś w dobrym miejscu. Odwiedziłam Vancouver we wrześniu 2026 roku i dziś opowiem Ci o pierwszych wrażeniach.
Ruszamy? Ruszamy!
Vancouver na własną rękę
Lądowanie w Richmond obok Vancouver było spektakularne. Pasma gór wyrastały jedno zza drugiego aż po skraj widnokręgu. Lecieliśmy tak nisko, że skrzydła samolotu wydawały się muskać ostre wierzchołki Selkirków i Gór Północnego Wybrzeża. Aż nagle wyłoniło się miasto! Dwa mosty spinały brzegi rzeki Fraser jak szwy. Tylko wieżowców było jak na lekarstwo jak na ponad półmilionową aglomerację.

Richmond – przez ścianę z Vancouver
Richmond, należące do aglomeracji Metro Vancouver, leży w połowie drogi między centrum Vancouver a USA. Oglądałam tu całe mnóstwo dwujęzycznych szyldów: po angielsku i po azjatycku, głównie chińsku i japońsku. W przeciwieństwie do Vancouver, Richmond mieści się na archipelagu 17 wysp. Największa z nich, Lulu, oferuje też najwięcej atrakcji, w tym historyczną wioskę rybacką Stevenson.
International Chinese Temple
W Richmond odwiedziłam International Chinese Temple, największą świątynię buddyzmu Wielkiego Wozu w Ameryce Północnej. Egzotyczna budowla wyrosła tu na wzór Zakazanego Miasta w Pekinie. Fikuśny dach pokrywają żółte płytki, niegdyś zarezerwowane dla samego cesarza Chin. Choć wygląda na starożytną, otwartą ją raptem 40 lat temu.
W świątyni byłam jedyną turystką. Spotkałam za to kilku mnichów i mniszek oraz wiernych, odpalających kadzidła i pogrążonych w modlitwie.
Chińscy imigranci zaczęli przybywać do Kolumbii Brytyjskiej w połowie XIX wieku w czasie gorączki złota nad rzeką Fraser. Tysiące chińskich robotników zatrudniono do pracy przy budowie Kolei Transkanadyjskiej (Canadian Pacific Railway). Pracowali w trudnych warunkach za grosze budując tunele w górach, często przypłacając pracę życiem.
Gdy kolej została ukończona, rząd Kanady chciał powstrzymać napływ Azjatów. W 1885 r. wymyślono tzw. Head Tax – opłatę, którą musiał zapłacić każdy Chińczyk wjeżdżający do Kanady. W 1923 r. przeforsowano zakaz imigracji z Chin (Chinese Exclusion Act), który zniesiono dopiero po II wojnie światowej. Świadkiem tamtych czasów jest Chinatown w Vancouver – jedno z najstarszych w Ameryce Północnej.
Kolejna fala migracji nastąpiła przed 1997 r., kiedy Wielka Brytania miała przekazać Hongkong pod kontrolę komunistycznych Chin. Do Metro Vancouver przybyło wówczas tysiące zamożnych, wykształconych rodzin z Hongkongu, szukających stabilizacji. Przywieźli kapitał, który zainwestowali w nieruchomości i to właśnie wtedy Richmond stało się nowoczesnym centrum azjatyckim.

Zabytkowa wioska Stevenson
Po czterech okrążeniach autem, udało się wcisnąć w jedyne wolne miejsce parkingowe w okolicy. Przyjemnie było odetchnąć słoną, morską bryzą po 10 godzinach lotu przez ocean. Jeszcze 100 lat temu, Stevenson było jedno z najważniejszych centrów konserwowania łososia na świecie. Dorobiło się wtedy pseudonimu Salmonopolis.
Stevenson skrywa dwa pomniki historii: Gulf of Georgia Cannery (dawna gigantyczna przetwórnia łososi, dziś muzeum narodowe) oraz Britannia Shipyards (stocznia z zachowanymi domami robotników). Sam pomost Fisherman’s Wharf ożywa rano, gdy ciężkie od ryb kutry zawijają do portu, a rybacy sprzedają świeży towar na drewnianych deskach. Po łososie, kraby, krewetki plamiste, halibuty, dorsze i jeżowce, tańsze niż w supermarketach, przybywają zarówno osoby prywatne jak i szefowie kuchni.
Po południu po rybach nie było nawet śladu. Ale całe rodziny, głównie pochodzenia azjatyckiego, wyległy na nadbrzeże, wystawiając twarze do słońca. W krzakach dostrzegłam plakat ostrzegający przed kojotami. Ludzie spacerowali, biegali, jechali na rolkach i rowerach, śmiali się, robili zdjęcia, odpoczywali na drewnianych ławkach i gawędzili w różnych językach. Typowe, niedzielne popołudnie nad wodą w Richmond.

Granville Island
Wbrew nazwie, Granville Island nie jest wyspą, a półwyspem należącym do miasta Vancouver. To miejsce będące świadkiem transformacji strefy przemysłowej sprzed 100 lat w nowoczesne centrum kulturalno-gastronomiczne.
Niegdyś Granville Island była sztuczną wyspą, gdzie działały tartaki, odlewnie żelaza i zakłady chemiczne. Okolice były zanieczyszczone i zadymione, a woda w zatoce False Creek skrajnie toksyczna. W latach 60. transport kołowy zaczął wypierać żeglugę śródlądową. Przemysł zaczął masowo uciekać z centrum Vancouver na obrzeża, pozostawiając po sobie zardzewiałe, opuszczone hale i skażoną glebę.
Władze Vancouver wykupiły większość terenów na południowym brzegu zatoki (False Creek South), ale Granville Island wciąż podlegała jurysdykcji federalnej. Miasto bało się potencjalnych długów i ogromnych kosztów oczyszczania ziemi. W 1973 r. rząd Kanady oficjalnie powierzył zarząd i rewitalizację wyspy korporacji CMHC. Przyznano na ten cel gigantyczny jak na tamte czasy budżet 20 mln CAD (53 mln zł).
Wkrótce na Granville Island powstał niezwykły fenomem: pływające domy w Sea Village, przeniesione z Coal Harbour. Tworzą ściśle regulowaną enklawę 14 zatwierdzonych rezydencji (13 domów na wodzie i 1 łódź mieszkalna typu live–aboard). Na stałe mieszka tu około 30 osób. Właściciele Sea Village mają całkowity zakaz wynajmowania domów osobom trzecim (na przykład przez Airbnb czy Booking), w grę nie wchodzi także najm długoterminowy. Dom można co najwyżej odkupić (za 2 mln CAD – 5.5 mln zł), pod warunkiem że się obywatelem Kolumbii Brytyjskiej.
Spacerowałam wśród domków Sea Village. Niektóre miały ogródki, inne rozkładane leżaki na tarasie. Do drewnianych podestów cumowały łodzie. Zza firanek i pelargonii w oknach dostrzegłam dwóch mieszkańców grających w karty. Inny siedział na werandzie z kubkiem gorącej kawy. Sielsko, prawie jak na wsi, tylko ze szklanymi wieżowcami w tle.

Rejs ku wielorybom w Vancouver
Święto Pracy, siódma rano. Ostatni weekend lata w Kanadzie, ostatnie podrygi wysokiego sezonu turystycznego. Parkingi na wyspie Granville Island świeciły pustkami. Opłaciłam parking, skanując kod QR z parkingowej tablicy. Od granatowej wody False Creek dął zimny wiatr. Do brzegu cumowały Aquabusy, minipromiki kursujące między półwyspem a resztą Vancouver. Wyruszałam stąd w półdniowy rejs po Salish Sea w poszukiwaniu żyjących tu na wolności orek i wielorybów.
Żółty katamaran firmy Prince of Whales (genialnia nazwa!) wyszedł w morze o 8:30. Zajęłam ławkę na górnym pokładzie, tuż obok sterówki. Kapitan z marszu zorientował się, że ma do czynienia z całkowitym morskim żółtodziobem, uśmiechnął się i uprzedził: -To najbardziej wietrzne miejsce na całym katamaranie! Wkrótce okazało się, że miał rację.
Czmychnęłam na dolny pokład i tam spędziłam większą część rejsu, wychodząc na górny pokład tylko na czas obserwacji zwierząt, a przez pozostały czas racząc się nielimitowaną gorącą czekoladą.
Etyczna obserwacja zwierząt
Warto wiedzieć, że rejsy połączone z oglądaniem zwierząt w Kanadzie podlegają ścisłej regulacji Marine Mammal Regulations.
Prawo dyktuje odległość od zwierząt: 200 metrów od zwierzęcia z młodym, 400 metrów od gatunku zagrożonego, a nawet 1000 metrów od orki wędrownej. Trzeba też zwolnić i wyłączyć motor, by nie robić hałasu ani fal, nie wolno podchodzić zwierzęcia od frontu ani z tyłu. Mandat za nieprzestrzeganie prawa wynosi 100,000 CAD (prawie 270 tys. zł).
Dowiedziałam się, że największe szkody wyrządzają zwierzętom ogromne kontenerowce, które cumują w Salish Sea. Ich hałas zaburza echolokację zwierząt i zanieczyszcza wody nadbrzeżne. I rzeczywiście, wychodząc w morze, widziałam kontenerowce ciągnące się po horyzont, zapewne aż pod granicę ze Stanami Zjednoczonymi.
Orki wędrowne
Tymczasem po około 40 minutach rejsu po Salish Sea katamaran nagle zwolnił. Wszyscy wybiegli na górny pokład. To Chainsaw, orka-celebryta! Urodzony w 1978 r. Chainsaw jest tak znany w Vancouver, że posiada własną stronę na Wikipedii. Łatwo go rozpoznać po postrzępionej płetwie, przypominającej piłę łańcuchową (chainsaw). Chainsaw często podróżuje ze swoją leciwą matką i gdzieś w oddali kilka razy mignęła jej płetwa.
Od przyrodnika Prince of Whales dowiedziałam się mnóstwo ciekawostek o zwyczajach orek wędrownych. Po angielsku nazywa się je killer whales, bo podpływają do większych od siebie zwierząt i zasłaniają ich otwory oddechowe. Mają tak silne paszcze, że ludzka kość jest dla nich jak masło. Ale wolno żyjące orki w Vancouver nigdy nie atakują człowieka, nawet gdyby wypadł z łodzi wprost na ich terytorium. Są dość wybredne i gdy zaatakują rekina, zjedzą tylko jego wątrobę. Reszta im nie smakuje.
Orki wędrowne posługują się echolokacją, wysyłając impulsy do wszelkich przedmiotów w wodzie. Odkryto także, że mają całą paletę uczuć, takich jak gniew, wstyd czy współczucie.
Ciekawie było oglądać orki w ich naturalnym środowisku.
Zwierzęta najpierw wypuszczały w górę zużyte powietrze z płuc, co wyglądało jak fontanna z pary wodnej. Po tym sygnale, orka wynurzała się powoli, a następnie powoli zanurzała, trzymając ogon jeszcze chwilę ponad lustrem wody. Takich wynurzeń w danym cyklu było około 10. Następnie orka płynęła pod wodą przez kilkanaście minut, po czym znów z granatowej wody wyłaniała się fontanna pary wodnej.
Towarzyszyliśmy Chainsaw przez około 40 minut, aż nasze drogi się rozeszły.

Lwy morskie
Później podpłynęliśmy na wysepkę pełną lwów morskich, najgłośniejszych ssaków w Vancouver. Dwa lwy właśnie kłóciły się o coś zażarcie, a z wyspy dobiegał cuchnący odór. „Góra mięsa” wyległa na skalisty skrawek lądu, zapewne chcąc się wygrzać, lub przynajmniej wyschnąć, bo słońce schowało się za chmurami. Zwierzęta ryczały tubalnie, próbując znaleźć dla siebie jak najlepsze miejsca. Niektóre lwy morskie przyglądały się nietypowej wyprawie, złożonej z dużego katamaranu (nasz) i dwóch mniejszych łodzi, które podczepiły się do rejsu.

Śpiewające wieloryby
Przyszedł czas powrotu. Wyruszyliśmy w rejs ku brzegom Vancouver, gdy nagle niedaleko prawej burty wybuchła w górę wielka para. To humbaki!
Olbrzymie zwierzęta przybywają do Salish Sea od kwietnia do października i żerują tu bez wytchnienia, szykując się do wielkiej migracji. Grupa humbaków współdziała ze sobą, by zagnać ławicę śledzi w jedno miejsce. Kilka osobników nurkuje pod ryby i zaczyna wypuszczać z otworów nosowych powietrze, zataczając kręgi. Tworzy się w ten sposób wznosząca się ściana z bąbelków, która działa jak fizyczna sieć pełna ryb.
Humbaki wykonują złożone pieśni, stąd nazywa się je czasem śpiewającymi wielorybami. Gdy mają dobry humor, w okolicach Vancouver można trafić na prawdziwy spektakl, nazywany breachingiem: Wieloryb wyskakuje niemal całym swoim 40-tonowym ciałem ponad wodę, po czym z potężnym pluskiem ląduje na plecach lub boku. Huk uderzenia niesie się pod wodą na kilometry.
Kiedy humbak przygotowuje się do głębokiego nurkowania w poszukiwaniu jedzenia, mocno wygina grzbiet, a następnie pionowo unosi płetwę ogonową wysoko nad wodę. Nazywa się to flukingiem. Dla biologów i kapitanów statków turystycznych w Vancouver jest to kluczowy moment – wzory na spodniej stronie ogona są unikalne jak ludzkie linie papilarne, co pozwala lokalnym organizacjom identyfikować konkretne osobniki, nadawać im imiona i obserwować zachowanie.
A dla turystów i fotografów, powoli zanurzająca się w wodzie płetwa (zwłaszcza na tle zachodzącego słońca) to Święty Graal. Choć telefon zamarzał w dłoni a rozwiany włos zasłaniał twarz, dzielnie czatowałam z pozostałymi pasażerami na wydmuch znad wody.
Co prawda humbaki nie zaszczyciły breachingiem, ale kilka razy fluknęły. Dodam, że w cenie rejsu zawarte było kilkanaście profesjonalnych zdjęć z danego dnia, dzięki czemu mogłam skupić się na zwierzętach, zamiast na kadrach.

Lynn Canyon
Decyzja, by odwiedzić most wiszący w Lynn Canyon w Vancouver zapadła spontanicznie już w Kanadzie. Na miejscu okazało się bowiem, że Internet nie kłamał i zaparkowanie gdziekolwiek w centrum Vancouver graniczy z cudem. Ponieważ nie było szans na parking przy Stanley Park, który oryginalnie chciałam zwiedzić, padło na przyrodę. Fani mostów wiszących w Vancouver mają dwie opcje: drogi Capilano Bridge (79 CAD – 215 zł) lub bezpłatny Lynn Canyon. Po wykosztowaniu się na rejs (650 zł), wybór dokonał się sam.
O ile sam wstęp na most wiszący w Lynn Canyon był bezpłatny, tak należało zapłacić 6 CAD (17 zł) za parking. Niewielka polana w lesie oblężona była przez samochody, więc zatoczyłam ze trzy koła na parkingu, zanim udało się zająć miejsce. Przy wejściu na most, znajdujący się w gęstym lesie deszczowym, spotkałam ostrzeżenie przed niedźwiedziami. Notowano tu także kiedy i o której godzinie ostatnio widziano niedźwiedzia. Cóż – spóźniłam się o pół godziny. Może to lepiej, bo nie zdążyłam jeszcze kupić sprayu na niedźwiedzie.
Wiszący Most (Lynn Canyon Suspension Bridge) wznosi się 50 metrów nad dnem kanionu i ma 40 metrów długości. Jest węższy i o wiele bardziej „rozkołysany” niż Capilano, co daje niesamowity zastrzyk adrenaliny przy przechodzeniu. Pod stopami widać szumiący potok Lynn Creek. Aby mieć most tylko dla siebie, trzeba przyjechać wcześnie rano, poza sezonem i w dzień powszedni.
Gastown Clock
Jedną z większych atrakcji zabytkowej dzielnicy Gastown w Vancouver jest Gastown Clock.
To zegar parowy, który wygląda na wiktoriański, ale powstał w 1977 r. by przykryć parującą kratkę wentylacyjną. Wykorzystuje miejski system rur parowych, który do dziś ogrzewa większość wieżowców w centrum Vancouver. Co 15 minut nadmiar pary pod ciśnieniem jest kierowany do pięciu mosiężnych gwizdków na szczycie obudowy. Wydają dźwięki wzorowane na słynnych kurantach z Big Ben (Westminster Quarters). O pełnej godzinie zegar wydaje pojedynczy gwizd z głównego gwizdka.
Współczesny zegar skrywa jednak tajemnicę. Oryginalny mechanizm parowy okazał się awaryjny i nie był w stanie utrzymać dokładnego czasu podczas mrozów lub spadków ciśnienia w miejskiej sieci. Dlatego miasto Vancouver ukryło wewnątrz konstrukcji pomocniczy silnik elektryczny. Dzisiaj to prąd dba o to, by zegar się nie spóźniał, a para odpowiada za widowiskowy efekt wizualny, ruch kulek oraz działanie gwizdków.
Wyskoczyłam tu z auta dosłownie na chwilę, aby zrobić zdjęcia w kolorowym tłumie i błyskawicznie rozejrzeć się po okolicznych kamieniczkach. Stare lampy uliczne, budynki z czerwonej cegły i kocie łby sprawiały wrażenie, jakbym znalazła się w europejskiej starówce. Trzeba było jednak odjechać na wschód, ku ulicy East Hastings i dalej na nocleg do Coquitlam.

East Hastings (DTES) – ciemna strona Vancouver
UWAGA: Ta część artykułu ma charakter wyłącznie edukacyjny i informacyjny. Przedstawia realne skutki uzależnień i może być nieodpowiednia dla niektórych osób.
Tuż obok malowniczego Gastown Clock rozpoczyna się zapuszczona ulica East Hastings. To jedna z najciemniejszych stron Vancouver. Widok osób leżących na ulicy i pogrążonych w otchłani uzależnień jest przygnębiający. Co jakiś czas słychać wycie karetki pogotowia – czy uda im się uratować kolejne ludzkie istnieje? Policyjne patrole krążą wśród zgiętych w pół postaci, często niekompletnie ubranych lub grzebiących we wszechobecnych śmieciach. Przerażające. I ciężko o tym pisać.
Jeszcze na początku ubiegłego wieku DTES (Downtown Eastside) było tętniącym życiem centrum Vancouver, pełnym robotników sezonowych. Zbudowano dla nich setki SRO (Single Room Occupancy) – tanich hoteli z mikro pokojami i wspólnymi łazienkami. Gdy centrum biznesowe Vancouver przesunęło się na zachód, SRO podupadły i stały się najtańszymi czynszówkami w mieście.
Przez dekady system pomocy społecznej kierował osoby opuszczające więzienia, szpitale czy zakłady psychiatryczne do SRO w DTES. W efekcie powstało zagęszczenie ludzi w najtrudniejszej sytuacji życiowej. Dodatkowo, w latach 90. zamknięto ogromny szpital psychiatryczny Riverview Hospital w sąsiednim mieście Coquitlam. Tysiące chorych pacjentów wypuszczono na wolność bez zapewnienia im dachu nad głową czy opieki lekarskiej.
Regularnie odbywają się starcia ze służbami miejskimi, które realizują sądowe nakazy likwidacji obozowisk, jednak osoby w kryzysie bezdomności, nie mając dokąd pójść, po kilku dniach wracają w to samo miejsce. Niektórzy dostają pokój typu SRO, lecz ich stan jest katastrofalny: pluskwy, szczury, brak ogrzewania czy prysznicy. Wiele organizacji stara się nieść pomoc, lecz niestety brakuje mieszkań i miejsc na terapiach, jak również czasem chęci do podjęcia leczenia, które jest długotrwałe i skomplikowane.
Takich miejsc w dużych miastach Kanady jest niestety coraz więcej.

Coquitlam
Wschodnia część Vancouver wkrótce rozlała się na szeregi domków jednorodzinnych. Przyjechałam na nocleg do Coquitlam, należącego do kanadyjskiego Tricity (Trójmiasta). W Coquitlam zjadłam najbardziej ohydny obiad w całej Kanadzie: polecany wszem i wobec Teen Burger z sieciówki A&W. Te restauracje słyną z tego, że od ponad dekady serwują mięso bez dodatku antybiotyków, a co za tym idzie, zupełnie bez smaku. Dodatkowo, filia w Coquitlam była tak brudna, że łokcie lepiły się do stołu.
Zamieszkałam w dużym, typowo kanadyjskim apartamencie. Dzielnica jak z pocztówki: eleganckie domki, wielkie pick-upy na podjazdach, zupełnie jak w amerykańskich filmach. To jednocześnie dzielnica, gdzie trzeba mieć się na baczności, bowiem czasem zaglądają tu niedźwiedzie i pumy. Od pierwszego dnia Kanada przywitała nas kontrastami, których z każdym dniem jedynie przybywało.

Vancouver – Podsumowanie
Poszwendałabym się jeszcze chętnie po Vancouver, ale zaczęła już wzywać trasa. Zrobiłam zakupy, załamując głowę nad ceną podstawowych produktów spożywczych (50 CAD = 135 zł za chleb, ser żółty, szynkę, sos ranch i sześciopak elektrolitów). Ceny trochę się zlitowały dopiero na wschód od korytarza Edmonton-Calgary i w prowincji Saskatchewan bardziej przypominały polskie.
Nastawiłam budzik na 5:40 rano i kolejnego dnia ruszyłam ku jeziorom Shuswap i górskim parkom narodowym.


8 komentarzy
Karolajna
Ta świątynia buddyjska z Richmond wygląda wypisz wymaluj jak te z Japonii 🙂
Tierra Bonita
Podobny styl, choć ta w Richmond bardziej przypomina chińskie niż japońskie 🙂
Wiocha
Wynajeliście cały dom na jedną noc? Chyba za miliony monet? xD
Tierra Bonita
Wynajęliśmy tylko jeden pokój na tyłach domu. Korzystaliśmy z Airbnb akurat w tym przypadku i bardzo nam przypasował ten nocleg. Ceny w Vancouver wołały o pomstę do nieba, a tu w Coquitlam zapłaciliśmy 640 zł za 2 osoby za 2 noce. Dojazd do Vancouver całkiem spoko, poza godzinami szczytu około 25 min do centrum, a w Coquitlam było mega spokojnie, plus na miejscu dostępne wszystko to, co w dużym mieście: transport publiczny (jak ktoś potrzebuje, to dojedzie SkyTrainem do Vancouver), stacje benzynowe, tanie knajpki i supermarkety. Dodatkowo, planując dalszą podróż w góry (w kierunku Whistler lub Banff), Coquitlam leży na wylocie, nie trzeba przepychać się przez Vancouver. Polecam 🙂
Inszy
Boże, ta ulica w Vancouver całkowicie przeczy wyobrażeniom o mieście. Aż trudno uwierzyć… Widziałam podobne miejsca w Los Angeles, ale chyba nie aż na taką skalę. Czy ci ludzie dostają jakąkolwiek pomoc? Przerażające!
Tierra Bonita
Tak, dostają pomoc w postaci noclegowni (niewystarczających), sezonowo też wolontariusze z różnych fundacji przynoszą koce czy ciepłe posiłki. W dzielnicy działa też mobilna opieka medyczna. Główna pomoc, jaką mogliby dostać, to miejsce w ośrodku odwykowym, a następnie możliwość podjęcia pracy czy otrzymania mieszkania socjalnego. Niestety ten problem nie pojawił się na East Hastings wczoraj, a trwa od dekad. Co gorsza, widziałam podobne ulice w Calgary i w Lethbridge, choć nie na aż taką skalę.
mysz
mega super sprawa z tym rejsem! marzy mi sie zobaczyc orki ma zywo, ale chyba balabym sie zainwestowac hajs i poplynac i trafic na dzien, gdy akurat zadnej nie ma w wodzie
Tierra Bonita
Hej! Szczyt sezonu na obserwację wielorybów i orek w naturalnym środowisku w Vancouver przypada na maj-październik, więc szansa jest wtedy bardzo duża 🙂